Kiedy oglądanie boli – recenzja filmu „Joker”

Kiedy oglądanie boli – recenzja filmu „Joker”

Nie jestem zbyt wielką fanką filmów superbohaterskich (ani superłotrowskich). Na Marvela czasem mnie najdzie, kiedy szukam niezobowiązującej rozrywki. DC szanuję za Mrocznego Rycerza, ale reszty filmów raczej unikam. I tak oto pewnego dnia w kinie przed Detektywem Pikachu zobaczyłam zwiastun świetnie zapowiadającego się thrillera psychologicznego, który okazał się Jokerem. Nie spodziewałam się tego, co mnie czeka.

Zanim przejdę do zachwytów nad samym filmem, muszę pochwalić zwiastun. Ostatnio coraz częściej trafiam na trailery, które zawierają najważniejsze sceny z filmu. Twórcom Jokera udało się jednak stworzyć zapowiedź, która pokazywała z grubsza charakter filmu, zachęcała do jego obejrzenia, ale nie ukazywała jego sedna. Jest to o tyle zaskakujące, że przecież idąc do kina większość z nas wie, o czym jest ten film. Doskonale wiemy, jak się skończy. To miłe, że nawet w takim przypadku istnieją jeszcze filmowcy, którzy potrafią stworzyć porządny zwiastun bez ujawniani wszystkich asów z rękawa.

Co prawda w trailerze uniknięto najważniejszych scen, ja jednak nie będę się przed nimi wzbraniać. W związku z tym UWAŻAJCIE NA SPOILERY!

Film powodujący dyskomfort

Oglądając Jokera byłam przytłoczona i zdezorientowana. Czułam się niekomfortowo we własnej skórze i nie umiałam zebrać myśli. Trwało to przez cały film i nie ustało po wyjściu z sali kinowej. To chyba jeden z głównym powodów, dla którego uważam Jokera za arcydzieło. Po prostu nie potrafię sobie przypomnieć, kiedy po raz ostatni jakiś film wprawił mnie w taki nastrój.

Po seansie rozpoczęłam dyskusje z kim tylko się dało. O filmie, jego realizacji, o przesłaniu, interpretacji. O sensowności poszczególnych scen. To było koniecznie do uporządkowania przemyśleń na temat filmu. A ich efektem jest ten tekst, które nie wiem, jak długi musiałby być, żeby zawrzeć w nim wszystko. Starałam się jednak poruszyć w nim to, co uznałam za najistotniejsze.

Uważam Jokera za jeden z najlepszych filmów ostatnich lat, jaki przyszło mi obejrzeć. Ponieważ podchodzi do origin story superłotra w sposób oryginalny. Pokazuje realistyczną wizję człowieka staczającego się na samo dno. Tłumaczy jego zachowanie, ale go nie usprawiedliwia. I robi to wszystko w taki sposób, że widz siedzi w niepokoju na skraju fotela, chociaż doskonale wie, jak ta historia się potoczy.

Joker, jakiego jeszcze nie było

Chociaż kojarzyłam postać Jokera z dawnych Batmanów, to dopiero w kreacji Heatha Ledgera w Mrocznym Rycerzu ten bohater zapadł mi w pamięć. Odkąd obejrzałam trailer najnowszego Jokera byłam pewna, że jeśli ktokolwiek ma szansę dorównać Ledgerowi, to właśnie Phoenix. Arthur Fleck w wykonaniu Joaquina wypada fenomenalnie. Jest przerażający a przy tym bardzo ludzki.

Joker - Arthur Fleck (Joaquin Phoenix)

Śmiech Jokera przyprawia o ciarki i sprawia, że widz nerwowo ogląda się za ramię. W dodatku nie jest to śmiech sadystycznego szaleńca, lecz człowieka chorego, który nie panuje nad własnym organizmem. Do tego dochodzi jeszcze jego wychudzenie i pewna niezborność ruchów. Detale, które sprawiają, że Arthur okazał się tak charakterystyczny.

Przemiana Flecka w Jokera jest stosunkowo powolna. Raz po raz Arthur przyjmuje ciosy, zarówno od znajomych mu osób, jak i tych przypadkowo napotkanych. Widzowi może się wydawać, że cały świat zwrócił się przeciwko tej postaci, że nie istnieją już dobrzy ludzie. Nie zapominajmy jednak, że to, co widzimy to perspektywa Jokera. Nawet odtwórca głównej roli w wywiadach wspomina, że to co oglądamy nie jest obiektywnym przedstawieniem historii bohatera, lecz jego wizją świata.

Dodatkowo Phoenix w niesamowity sposób potrafił odróżnić niepewnego siebie Arthura od Jokera z końcowych scen filmu. Zmieniły się jego ruchy, krok stał się pewny, taniec bardziej śmiały, a głos szelmowski.

Odtrącenie Arthura przez społeczeństwo jest czymś znajomym dla wielu osób. Być może dlatego w pierwszych scenach łatwo mu współczuć, zrozumieć. Tym gorzej czujemy się pod koniec seansu widząc, kim stał się Joker. Jak mogliśmy go żałować? To tylko potęguje niepokojące odczucia po filmie i sprawia, że tym mocniej go doceniam.

Żyjemy w społeczeństwie

Chociaż Joker jest bardzo osobistą historią upadku człowieka, to jednak mocno osadzony został w kontekście społecznym. Gotham, na wzór Nowego Jorku, jest miastem zdegradowanym, na skraju zamieszek. Ma to podwójne znaczenie dla historii Arthura Flecka.

Po pierwsze, po seansie można dojść do wniosku, że rozlewu krwi z rąk Jokera dało się prawdopodobnie uniknąć. I nie chodzi mi o to, że Arthura dało się wyleczyć, zrobić z niego przykładnego obywatela. Widzimy jednak, że do pewnego momentu szukał pomocy. Potrzebował kogoś, kto go wysłucha. Sam wspomina, że najbezpieczniej czuł się w szpitalu. Być może, gdyby system nie zawiódł, bohater nie przekroczyłby granicy, zza której nie było już powrotu? Pozostaje nam tylko gdybać.

Joker - Arthur Fleck (Joaquin Phoenix)

Z drugiej strony, działania Flecka nie tylko zostały sprowokowane przez kontekst społeczny, ale także miały na niego wpływ. Trafiły na podatny grunt. Stłamszone niższe klasy, pogardzane i zapomniane, potrzebowały kogoś, kto postawi się elitom. Gdyby miasto nie było w tak opłakanym stanie, z piętrzącymi się śmieciami i plagą superszczurów, być może morderstwa Jokera nie stałyby się symbolem. W innych okolicznościach Joker pozostałby wykluczonym z życia szaleńcem, jednak w aktualnej sytuacji Gotham, w trakcie zamieszek, stał się bohaterem społecznym.

W tym kontekście tym bardziej nie zgadzam się z wielokrotnie zasłyszaną opinią, że finałowa scena była niepotrzebna, wręcz pretensjonalna. Chwilę wcześniej, Joker był bożyszczem tłumów. Wiwatowano na jego cześć, uważano go za herosa niższych klas. Zakończenie filmu jednak pokazuje, że to chory psychicznie człowiek, który nie ma już szans na rehabilitację, bo jest skłonny do mordowania nawet niewinnych osób. Ta końcowa scena, sugerująca nam co zaszło w trakcie spotkania Arthura z pracownikiem społecznym w szpitalu ma ogromne znaczenie dla interpretacji przesłania tej produkcji.

Czy Joker naprawdę istnieje?

W pewnym momencie, kiedy Arthur dowiaduje się, że nie dostanie już więcej leków, wypowiada jedne z najistotniejszych w moim odczuciu słów – że do niedawna nie był nawet pewien, czy istnieje. Dopiero teraz czuje, że jest realny. Ta wypowiedzieć idealnie podkreśla zarówno to, jak osobistą perspektywę historii oglądamy, jak i to, że film ten daje ogromne pole do popisu w kwestii interpretacji. Każdy widz zauważy w nim coś innego. I nie możemy być nawet pewni co jest prawdą, a co wytworem umysłu Jokera. W tym tkwi jedna z największych zalet tego filmu, czyli skłanianie do dyskusji.

Joker to także film, który celowo gra widzowi na nosie na wiele sposobów. Jak gdyby twórcy chcieli, żebyśmy czuli się źle w trakcie oglądania oraz po seansie. I bez wątpienia im to wyszło. Widać to zarówno w doborze ścieżki dźwiękowej, jak i we wprowadzaniu pewnego komizmu do scen, które wcale nie były zabawne.

Z jednej strony dostajemy mroczny score skomponowany przez Hildur Guðnadóttir, z drugiej standardy smooth jazzowe pokroju Franka Sinatry. Utwory, które normalnie wprawiałyby nas w dobry nastrój (przynajmniej pozornie, bo chociaż brzmią wesoło, teksty wcale nie są radosne) tutaj podkreślają tragizm scen. Podobnie ma się sprawa z pewnego rodzaju humorem sytuacyjnym, niczym wyjętym z filmów Charliego Chaplina. Wpadanie na szklane drzwi, gonienie się tam i z powrotem po korytarzu czy karzeł, który nie potrafi dosięgnąć do zamka w drzwiach w innym kontekście mogłyby rozbawić widzów. Tutaj jednak są bardziej przerażające niż śmieszne.

Joker - Arthur Fleck (Joaquin Phoenix)

Ten film chętnie przekracza granice przy których widz czuje się bezpiecznie, ale robi to ze smakiem i pozostając w zgodzie z charakterem głównego bohatera. Za przykład można tutaj podać sławną, częściowo improwizowaną scenę tańca w publicznej toalecie. Co robi „zwyczajny” człowiek, który właśnie kogoś zamordował? Zapewne w panice próbuje zdjąć z siebie podejrzenia. A co robi Arthur Fleck? Tańczy w odosobnieniu, jak gdyby po raz pierwszy czuł się wolny. Widz natomiast czuje się coraz bardziej osaczony nieprzewidywalnością tej postaci.

Todd Phillips zrobił to dobrze

Na atmosferę Jokera wpływają wszystkie elementy jego realizacji. Świetnie napisany scenariusz potęgowany jest przez zwalającą z nóg grę aktorską Joaquina Phenixa, przemyślane w każdym calu zdjęcia oraz wyborny soundtrack.

Ujęcia, ich kolorystyka oraz praca kamery zależne są od humoru Arthura i od etapu przemiany, na którym właśnie się znajduje. Początkowe sceny są w większości szare, nieprzyjemne. Te pokazujące pełnowymiarowego Jokera nawet barwami podkreślają fakt, że bohater w końcu dobrze czuje się we własnym ciele. Coś podobnego widziałam ostatnio w Blade Runnerze 2049 i od tamtego czasu niewiele produkcji zrobiło na mnie podobne wrażenie.

Udźwiękowienie również przypomina mi nieco wspomniany wyżej film Denisa Villeneuve. Score, chociaż minimalistyczny, potęguje przygnębiający nastrój produkcji. Niepokój w muzyce oddany jest nie tylko poprzez oczywiste dysonanse. Czasem są to niskie, agresywnie brzmiące dźwięki wiolonczeli, innym razem zbyt lekkie, fałszujące pociągnięcia smyczkiem po strunach albo instrument, który momentami delikatnie zbacza z tonacji. Kompozytorka nie potrzebowała niczego więcej do stworzenia niezapomnianej ścieżki dźwiękowej. Do tego film gra ciszą i odgłosami otoczenia, co potrafi przerażać jeszcze bardziej niż muzyka.

Tego żartu i tak nie zrozumiesz

Szukając informacji o Jokerze po seansie trafiałam na przeróżne opinie na jego temat. Chociaż odbiór filmu jest z grubsza pozytywny, zdarzały się głosy, mówiące o wtórności tej produkcji. O tym, że mało obyci widzowie się nim zachwycają, jak gdyby nie istniał wcześniej Taksówkarz, Mechanik czy Fight Club. Jestem jednak zdania, że chociaż zdarzały się wcześniej filmy idące w podobnym kierunku, poruszające podobną tematykę czy bawiące się z widzem w podobny sposób, to jednak kilka elementów wyróżnia produkcję Todda Phillipsa.

Joker 2019 - taniec na schodach

Po pierwsze, wykorzystując sławną w popkulturze, komiksową postać Joker trafia do szerszego grona odbiorców, nie będąc jednak typową produkcją komiksową. Po drugie, mówi o trudnych tematach w jeszcze bardziej poruszający sposób niż większość filmów, które wcześniej tego próbowały.

Chociaż bardzo podobał mi się Fight Club, zarówno książka, jak i film, również dotykający tematu zdegradowanego społeczeństwa, nie wywołał we mnie nawet połowy tych emocji, które wzbudził Joker. No i nie ukrywajmy, realizacyjnie być może tylko Mechanik odrobinę zbliżył się do poziomu produkcji o Arthurze Flecku, pozostałe filmy pojawiające się w porównaniach nie bardzo mogą w tej kategorii konkurować z Jokerem.

Uczucia, które wzbudził we mnie ten film są niewygodne. A jednak coraz bardziej walczę z chęcią ponownego wybrania się do kina. Bo tego właśnie oczekuję od świetnych filmów – emocji i powodów do dyskusji.

Jeśli DC pójdzie dalej w tym kierunku, chętnie zacznę oglądać ich filmy.

Podobało się? Podziel się!

2 komentarze do wpisu „Kiedy oglądanie boli – recenzja filmu „Joker””

  1. Czuję się głupia po przeczytaniu tego tekstu… Sama nie miałam tylu przemyśleń. Ja też uważałam, że ostatnia scena jest niepotrzebna, teraz nabiera ona nieco sensu. Osobiście jestem pod wrażeniem tego, że to film o „złolu”, ale jako widz z nim sympatyzowałam… A może to kwestia zaburzeń psychicznych? 😀 Ja też czułam się tak jak on, choć nie do tego stopnia.
    Niepotrzebna była moim zdaniem też scena ze śmiercią Wayne’ów – tylko dołożyli kolejną wersję do 3253425 już istniejących.
    Słyszałam też coś kontrowersyjnego odnośnie muzyki – ludzie ponoć złoszczą się, że wykorzystano muzykę jakiegoś pedofila, który jest w więzieniu – wiesz coś o tym?

    • Nie czuj się głupia! Najwidoczniej masz ważniejsze rzeczy na głowie, niż rozkminianie filmu. 😉

      Co do sceny ze śmiercią Wayne’ów – początkowo też tak myślałam. Później po różnych dyskusjach zgodziłam się z Krzysiem. Ta scena nabrała sensu poprzez słowa, które wypowiada zabójca “Sam ukręciłeś na siebie bat”, czyli powtarza to, co Joker powiedział w programie Murraya. Biorąc pod uwagę jak media o tym huczały, to pięknie pokazuje powiązanie Jokera z tym zabójstwem. Ale urywanie pereł to sobie mogli darować. 😀

      A co do muzyki – tak, faktycznie użyto utwory muzyka, który został skazany za pedofilię. Wczoraj akurat o tym czytałam.

Dodaj komentarz