Porozmawiajmy o zmianach – recenzja 11. sezonu „Doctor Who”

Porozmawiajmy o zmianach – recenzja 11. sezonu „Doctor Who”

Od ogłoszenia Jodie Whittaker wcielającej się w nowego Doktora, o Doctor Who było głośniej niż zwykle. Najgłośniej krzyczały marudy, że Doktor nie może być kobietą, że serial schodzi na psy, że Chibnall to zepsuje, że serial skończył się na Smithie itp. Nie będę wymieniać całej listy zarzutów, ale jeśli śledziliście okołodoktorowe media, to sami dobrze wiecie jak negatywnie nastawiona była część fanów.

Ja jednak od początku starałam się zachować otwarty umysł. Chibnalla i Whittaker znałam z Broadchurch i nie miałam co do nich obaw. Na łamach Ostatniej Tawerny pisałam nawet o tym, dlaczego mam dobre przeczucia co do Jodie i czego oczekuję po 11 serii. Żeby się nie powtarzać, po prostu zacytuję to, co napisałam ponad rok temu:

„[…] spodziewam się po niej powrotu do korzeni, z jednoczesnym stworzeniem czegoś świeżego. Oczekuję mniej mrocznego Doktora, nieco szalonego, radosnego, pogodzonego ze swoimi stratami i porażkami. Zaczynającego na nowo, ale pamiętającego o swojej przeszłości.”

Od finału 11 serii Doctor Who minęły ponad 3 miesiące, nadeszła więc pora na konfrontację oczekiwań z rzeczywistością.

Polubić nowego Doktora

Mniej więcej do połowy sezonu miałam bardzo mieszane odczucia. Z jednej strony podobała mi się Trzynasta, ciekawiły mnie opowiadane historie i przekonywał nowy sposób kręcenia, ale z drugiej coś nie grało. Nie byłam pewna czy lubię nowych towarzyszy Doktora, czy cieszy mnie ilość poruszanych poważnych tematów w niemal każdym odcinku i czy całościowo ta seria ma dla mnie sens. Żeby jednak dojść do tego jak ostatecznie oceniam cały ten sezon i w którym momencie zmieniło się moje postrzeganie, rozłóżmy temat na czynniki pierwsze.

Zacznijmy od Jodie jako Doktora – chociaż miałam pewne wątpliwości czy aktorka pasuje do tej roli, to przekonała mnie do siebie niemal od pierwszego odcinka. Tak jak podejrzewałam, okazała się mniej gburliwa niż Capaldi, mniej mroczna niż Tennant, najbliżej jest jej chyba do Smitha, chociaż nie stała się jego kopią. Whittaker jest radosna i energiczna, ale nie głupkowata. Wydaje się pogodzona ze swoją przeszłością, ale o niej nie zapomina. Jest doktorowa do szpiku kości i nie mam jej nic do zarzucenia.

Jodie Whittaker jako Trzynasta Doktor w serialu Doctor Who

Polubienie towarzyszy Trzynastej nie przyszło mi równie łatwo. Nie dość, że było ich więcej niż zwykle, co samo w sobie stanowiło utrudnienie w przywiązaniu się do nich, to jeszcze wydawali mi się przypadkowym zlepkiem byle jakich osób. Na szczęście byłam w błędzie. Yaz, Ryan i Graham, chociaż początkowo wydawali się nijacy, okazali się właściwymi osobami, na właściwym miejscu. Każde z nich jest wyrazistą postacią, która w pewnym momencie serii miała realny wpływ na fabułę. I chociaż żadne z doktorowej „rodzinki” (w wersji ang. „fam”) nie zostanie moim ulubionym towarzyszem, a Klarze i Donnie nie dorastają do pięt, to ostatecznie nie mogę powiedzieć, żebym ich nie lubiła. Wyjątkowo pozytywnie na koniec serii zaskoczył mnie Graham. I wiem, że dla części osób taki, a nie inny dobór kompanów to kwestia poprawności politycznej (a to temat na osobny tekst), ale ja widzę w nich po prostu różnorodne osobistości z różnych grup społecznych – czy jest w tym coś złego?

We’re all stories, in the end…

Podobnie mieszane odczucia miałam co do historii opowiadanych w tej serii. Pierwsze dwa, wprowadzające odcinki nie zrobiły na mnie ani specjalnie dobrego ani specjalnie złego wrażenia. Ot wprowadzenie nowej wersji Doktora i jego towarzyszy. Następnie przyszła świetna, historyczna „Rosa” oraz oryginalne i nieco w starym stylu „Arachnids in the UK”, które sprawiły, że zaczęłam się wkręcać. A potem przyszedł kryzys…

Rosa Parks w odcinku "Rosa" serialu Doctor Who

„The Tsuranga Conundrum” nie było złym odcinkiem, ale do bycia dobrym też mu trochę brakowało. Rozpoczynając „Demons of the Punjab” poczułam się już zmęczona natłokiem poważnych tematów poruszanych w tej serii, chociaż ogólnie ten odcinek był już lepszy. W kolejnych epizodach przypomniałam sobie za co uwielbiam ten serial.

Oglądając „Kerblam!” oraz „The Witchfinders” poczułam się jakbym wróciła do ery Dziesiątego lub Jedenastego Doktora. W „It Takes You Away”, starając się nie rozpłakać z powodu… samotnego wszechświata – tak, dobrze przeczytaliście – w końcu poczułam, że to nadal ten sam Doctor Who, którego uwielbiam, a finał sezonu tylko mnie w tym utwierdził.

Wibbly-wobbly, timey-wimey

Jak wspominałam na początku, po tej serii oczekiwałam jednoczesnego powrotu do korzeniu i powiewu świeżości. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo te przewidywania się spełnią. Nie jest to coś wyjątkowo mocno widocznego w ciągu całej serii, uwydatnione za to zostało w odcinku noworocznym. „Resolution” z idealnie dopasowanym tytułem i datą emisji połączyło w sobie klimat pierwszych serii New Who z nowoczesnym stylem produkcji. Chibnall, jeszcze bardziej niż Moffat, odszedł od konwencji teatru telewizji, tworząc coś znacznie bardziej zbliżonego do współczesnych, wysokobudżetowych seriali. I ta zmiana wyszła Doktorowi na dobre, chociaż to oczywiste, że trafi przez to do odmiennego grona odbiorców. Mi jednak ta nowa stylistyka bardzo odpowiada.

Trzynasta Doktor z serialu Doctor Who z towarzyszami: Yaz, Ryanem i Grahamem

Z odmiennym charakterem wiąże się nieco inny sposób kręcenia, dobór ujęć i kolorystyki. Nie zamierzam rozwodzić się nad kwestiami technicznymi, w których nie jestem ekspertem. Zauważyłam natomiast, że Chibnall stworzył spójną wizję, której każdy element do siebie pasuje. Praca kamery, scenografia, gra aktorska – to wszystko ze sobą współgra.

Soundtrack Doctor Who również odzwierciedla zmiany, jakie zaszły w serialu. Segun Akinola poszedł w zupełnie innym kierunku niż Murray Gold. Podobnie jak kwestie wizualne, tak samo ścieżka dźwiękowa wprowadza bardziej nowoczesny klimat produkcji. Chociaż nadal nie brakuje w niej utworów orkiestrowych, przywodzących na myśl podkład poprzednich serii, to dodano także sporo utworów elektronicznych. W trakcie oglądania te kompozycje niezbyt się jednak wyróżniają i dopiero odsłuchanie albumu „na sucho” uświadomiło mi, ile ich tak naprawdę było. Chociaż pasowały one do momentów, którym akompaniowały, to troszkę się zgubiły w całokształcie.

… just make it a good one

Rozumiem, że nie wszystkim fanom serialu musi przypaść do gustu jego nowa stylistyka, postacie i historie. Przyjmę bez mrugnięcia, że nie wszystkim wizja Chibnalla musi odpowiadać. Nadal nie potrafię jednak pojąć osób, które niczym najprawdziwszą prawdę głoszą, że ten serial skończył się na [tu wstaw ulubionego Doktora].

Chociaż w ciągu niemal 14 lat od emisji pierwszego odcinka z Ecclestonem w roli głównej wiele się zmieniło, to nadal nie jest zły serial. Nie do każdego musi przemawiać nowa formuła, ale mieszanie produkcji z błotem tylko dlatego, że się zmieniła, jest moim zdaniem niepoważne.

I chociaż Jodie jeszcze daleko do bycia moim ulubionym Doktorem; Yaz, Ryan i Graham nie mogą się równać z towarzyszkami, które dotychczas pokochałam; a 11. seria nie dała mi odcinka ponadczasowego, to nadal uważam najnowszy sezon Doctor Who za bardzo dobry.

Podobało się? Podziel się!

Dodaj komentarz