Nie mam czasu na Marvela, czyli sztuka odpuszczania

Nie mam czasu na Marvela, czyli sztuka odpuszczania

Dzisiejszy tekst będzie poniekąd rozszerzeniem tekstu o minimalizmie kulturowym. Może was dziwić co ma Marvel do odpuszczania i minimalizmu, ale spokojnie, wszystko wyjaśnię. Bo to właśnie Marvel Studios w dużej mierze nauczyło mnie dokonywania świadomych, kulturowych wyborów.

Mam wrażenie, że co chwilę zewsząd atakują mnie kolejne zapowiedzi, zwiastuny lub recenzje filmów i seriali MCU. Nie będzie to chyba zbytnim wyolbrzymieniem, jeśli powiem, że nie ma tygodnia bez Marvela w mediach. Trzeba przyznać, że wyrobili sobie niezłą markę. Z czym to się jednak wiąże?

Marvel jako symbol przesytu

Na ogół, kiedy ktoś mnie pyta czy oglądałam najnowsze dzieło spod znaku Marvela odpowiadam, że nie mam na to czasu. Po raz ostatni fazę na superbohaterów przeżywałam na początku studiów, czyli dobrych kilka lat temu. Wtedy chociażby obejrzałam za jednym zamachem wszystkie dostępne filmy o X-Menach i nie ukrywam, że sprawiło mi to radochę. Wątpię, żeby dzisiaj dało mi to równie dużą przyjemność.

Marvel X-Men - sztuka odpuszczania

Obrazy MCU to dla mnie świetne kino rozrywkowe, którego jest jednak zbyt wiele, żeby być na bieżąco, jeśli szuka się także innych wartości na ekranie (i ogólnie w popkulturze). Jeszcze niedawno obiecywałam sobie, że zacznę nadrabianie MCU w kolejności chronologicznej. Teraz jednak przestałam się oszukiwać, że to kiedykolwiek nastąpi.

W pewnym momencie po prostu uznałam, że nie mam czasu na oglądanie w kółko tego samego – widowiskowych, ale mało oryginalnych historii przystojnych superbohaterów walczących z nijakimi superłotrami (no dobrze, nie licząc Lokiego). Idealnie podsumowali to goście z Honest Trailers. I wcale nie twierdzę, że Marvelowskie filmy są złe, bo w moim osobistym rankingu kina rozrywkowego stoją dosyć wysoko. Nastał jednak czas, kiedy przestały mi wystarczać.

Nie tylko kino rozrywkowe

Refleksja nad MCU uświadomiła mi, że nie mam tyle czasu na obcowanie z popkulturą, żeby jego większość poświęcać kinu rozrywkowemu. Nie mieści się to w moim minimalistycznym podejściu do kultury. Nadal od czasu do czasu najdzie mnie ochota na coś superbohaterskiego i z tego właśnie powodu obejrzałam w tym roku Thor: Ragnarok czy Spider-Man: Homecoming, a po tym drugim miałam nawet ochotę na więcej (szkoda, że aktualnie na Netfliksie ani HBO GO nie jest dostępny żaden innych film z pajączkiem w wykonaniu Toma Hollanda). Zaczęłam sobie jednak odpuszczać, kiedy ograniczenie wolnego czasu zaczęło się wiązać z koniecznością dokonywania wyborów.

Zauważam to szczególnie mocno przy małym dziecku – mając godzinę czy dwie dziennie na swoje zainteresowania, muszę bardzo świadomie decydować na co ten czas poświęcę. I tak Marvel nadal może być odpowiedzią, jeśli potrzebuję się pogapić na coś widowiskowego i zabawnego, a nie mam siły na rozmyślanie. Szukając czegoś poważniejszego wybrałam się przykładowo na Jokera i niespodziewanie ten film nadal zaprząta mi głowę (możliwe, że powstanie na jego temat kolejny tekst). I obie te opcje są dobre oraz potrzebne w odpowiednich momentach.

Joker - poważny film dający do myślenia

Czas na kulturę

Nie ma żadnego znaczenia czy macie godzinę dziennie wolnego czasu czy na obcowanie z kulturą poświęcacie cały dzień (bo na przykład taki macie zawód – zazdroszczę), czasu zawsze jest za mało, a interesujących dzieł za dużo na nasze możliwości. Z tego względu tak ogromną rolę odgrywają nie tylko decyzje (na przykład czego dzisiaj potrzebuję), ale też odpuszczanie. Świadomość, że nie wszystko zdążę obejrzeć czy przeczytać. Nie we wszystko zagram, nie wykonam 100% zadań w grze lub nie poznam wszystkich zakończeń.

Dopóki nie pogodzimy się z tym, że czasu nigdy nie będzie wystarczająco dużo i nie nauczymy się odpuszczać, trudno o w pełni świadome i radosne korzystanie z dobrodziejstw kultury. Bo próbując znaleźć chwilę na wszystko, zawsze coś zostanie z tyłu. Zawsze coś trafi na „stosik wstydu”. A czy o to chodzi?

Stosik wstydu - sztuka odpuszczania

Oczywiście jeśli komuś sprawia przyjemność pochłanianie wszystkiego, ma na to czas i nie przeszkadzają mu książki zalegające w czyśćcu o nazwie „kiedyś cię przeczytam” – jego sprawa. Ja jednak wybrałam pójście w kierunku kulturowego minimalizmu oraz wyborów nie tylko tego, co dobre, ale też rezygnacji z tego, co nie ma w danym momencie sensu. Nawet jeśli oznacza to, że nie ze wszystkim będę na bieżąco, ominą mnie gorące dyskusje o bestsellerze i nie będę mogła się udzielić w sprawie będącej na językach wszystkich blogerów – trudno. Mam za to świadomość, że nie marnuję swojego czasu, równocześnie pielęgnując wszystkie swoje zainteresowania i to jest dla mnie ważne.


A jakie jest wasze podejście do tej kwestii? Staracie się znaleźć czas na wszystko, na przykład na każdy kolejny film Marvela, jeśli nawet nie daje wam to już aż takiej radochy, tylko robicie to niejako z rozpędu? A może zgadzacie się z moim podejściem i też dokładnie selekcjonujecie na co poświęcacie wolny czas? Podzielcie się swoimi przemyśleniami w komentarzach!

Podobało się? Podziel się!

6 komentarzy do wpisu „Nie mam czasu na Marvela, czyli sztuka odpuszczania”

  1. Ja raczej też nie łykam wszystkiego jak leci, ale nie wiem z czego to wynika – bardziej niż z minimalizmu to chyba z “lenizmu”. Ale Marvel przejadł mi się już dawno…

  2. Ja śledzę wszystkie filmy Marvela, ale za to z ich serialami jestem do tyłu (i to tylko tymi z Netflixa, bo pozostałych Marvela nie widziałam), odpuściłam też totalnie filmy i seriale DC, filmy o X-menach znam wybiórczo (albo ich fabuła nie składa się w żaden logiczny ciąg, trudno powiedzieć).

    Chyba dlatego Marvel mnie dalej cieszy, bo to filmy raz-dwa razy do roku z bohaterami, których uwielbiam. Ale nie wiem, czy gdyby przyszło mi je teraz nadrabiać, to czy bym się zdecydowała.

    Na co dzień z kolei oglądam to, na co najbardziej mam ochotę i rzadko są to faktycznie nowości. Z seriali teraz siedzę i nadrabiam Star Treka z 2000 r., gdy wszyscy zachwycają się czym innym 😉

    Na co dzień śledzę nowinki i wiem, co jest popularne, ale przestałam na siłę oglądać, gdy oglądałam coraz więcej, a i tak nie znałam nawet połowy seriali nominowanych do nagród. Uznałam, że tego jest za dużo i nie ma sensu się katować jakimś poczuciem winy.

    • O, dokładnie. Poczucie winy to nie jest coś, czego szukam w popkulturze. Też przestałam się przejmować tym, że nie ze wszystkim jestem na bieżąco, ale staram się orientować w tym, co się w popkulturowym świecie dzieje. To chyba najzdrowsze podejście.

  3. U mnie jest dokładnie tak samo! Już dawno stwierdziłam, że jest tyle filmów/seriali/książek, a tak mało czasu. Stawiam na książki, choć tutaj również stosik wstydu rośnie 😉 Ale zdecydowanie wolę znać książkowe nowości niż najnowsze super-produkcje.

Dodaj komentarz