2. urodziny bloga, czyli dlaczego jeszcze tego nie rzuciłam

Dziś mijają równo 2 lata od dnia, kiedy po raz pierwszy przedstawiłam światu mojego bloga. Tegoroczne urodziny prawie przegapiłam. W sumie to zobaczenie urodzinowego tekstu Read up (o poradach dla blogerów – polecam!) uświadomiło mi, że to właśnie DZIŚ. Postanowiłam więc spontanicznie usiąść i napisać do Was z tej okazji parę słów.

W przeciwieństwie do zeszłego roku, kiedy na blogowe urodziny publikowałam tekst o życiu recenzentki książek, w tym roku kompletnie się nie przygotowałam. Od początku marca myślałam o tym, że COŚ powinnam napisać. Przeglądałam teksty urodzinowe na swoich ulubionych blogach w poszukiwaniu inspiracji. Ostatecznie zamiast kombinować postanowiłam od serca opowiedzieć Wam, dlaczego Omnimalizm jeszcze istnieje, chociaż ewidentnie w tej chwili pisanie na niego nie stoi wysoko na liście moich priorytetów.

Czekanie na najgorszy możliwy moment?

Bloga o kulturze planowałam stworzyć znacznie wcześniej. Pierwszy raz taki plan pojawił się prawdopodobnie 10 lat temu. Trzy lata później, kiedy pomysł do mnie wrócił i nawet napisałam pierwsze dwie recenzje książek, zamiast tego związałam się z portalami piszącymi o kulturze. Kolejne trzy lata później już byłam zdecydowana, ale nazwa, którą wówczas miałam wybraną, okazała się zajęta. Wtedy też wymyśliłam Omnimalizm. Przed rozpoczęciem zawsze powstrzymywał mnie chory perfekcjonizm, bo przecież jeśli nie będzie na 150%, to będzie źle.

Czekałam na idealny moment i okoliczności. W końcu dwa lata temu, mając trochę więcej czasu, bo będąc na L4 w drugim trymestrze ciąży, ruszyłam z blogiem w niecały miesiąc. Tak długo czekałam, że w końcu zamiast najlepszego, wybrałam najgorszy moment. Nie miałam nawyku regularnego pisania bez deadlinów i nagle miałam się tego nauczyć przy małym dziecku? Absurd. A jednak pomimo krótszych i dłuższych przerw w pisaniu, to miejsce wciąż istnieje, więc moment okazał się wcale nie taki najgorszy.

Pamiętam jak rok temu, tydzień przed pierwszym pandemicznym lockdownem, siedziałam z mężem w kawiarni (to tak się dało?!) i zastanawiałam się czy w ogóle przedłużać ważność domeny i serwera. Niewiele brakowało, żebym wtedy zrezygnowała. A dziś cieszę się, że tego nie zrobiłam.

Dlaczego wciąż tu jestem?

Od roku bywam tu znacznie rzadziej niż planowałam. Chociaż nie wyobrażam sobie życia bez pisania, to jednak długie, planowane teksty zajmują mi dużo czasu i pisanie tak jak dzisiaj, spontanicznie, raczej mi nie wychodzi. Zarówno to, jak i moja sytuacja osobista składa się na fakt, że nowe teksty na blogu ukazują się zdecydowanie za rzadko.

Jako z jednej strony rozszerzenie bloga, a z drugiej jego mniej czasochłonny zamiennik, założyłam w zeszłym roku Instagram. Jemu poświęcam aktualnie większość swojego wolnego czasu i wcale tego nie żałuję, a jednak z blogiem nie potrafię i nie zamierzam się żegnać. Oto kilka powodów:

  • To jest moje miejsce. W social mediach wciąż mam poczucie, że to, co tworzę, nie należy w pełni do mnie. A co, jeśli portal padnie? A co, jeśli stracę dostęp do konta? A co, jeśli ktoś uzna moje treści za nieodpowiednie? Blog z opłaconym serwerem i domeną jest znacznie bezpieczniejszy, bardziej mój i nie muszę się tak o to martwić.
  • Lubię się rozpisywać. Lubię mieć możliwość napisania długaśnego tekstu, w którym zawrę wszystkie moje przemyślenia. Posty na IG mogą mieć max 2200 znaków (w tym miejscu ten tekst ma już ponad 3300). To jednocześnie zaleta, bo muszę się streścić, więc pisanie idzie mi szybciej, jak i wada, bo jeśli potrzebuję, nie mam miejsca na dłuższe rozważania. Tutaj ratuje mnie blog.
  • Teksty na blogu mają dłuższą żywotność niż w SM. Posty na Instagramie żyją krótko. Przez maksymalnie kilka dni jest wokół nich jako taki ruch, później pozostają niemalże zapomniane. Nawet jeśli ponownie udostępnię je na stories i tak już nie uzyskają podobnego rozgłosu. Na blogu teksty żyją wiecznie. Przy niezłym dostosowaniu do SEO, kilka moich tekstów ma codziennie kilka lub kilkanaście wejść z wyszukiwarki. Czasem po roku ktoś się zainteresuje i skomentuje. Łatwo je znaleźć i łatwo do nich wrócić.
  • To moja baza wypadowa i inwestycja w przyszłość. To w sumie wiąże się z argumentem o moim miejscu. Po prostu wiem, że blog może trwać tak długo, jak długo będę tego chcieć i potrzebować. Mogę go rozwijać i zmieniać, wedle aktualnych pomysłów. Być może, w przyszłości, uda mi się wokół niego rozwinąć biznes. W międzyczasie tworzy się z niego swoiste portfolio, w którym mogę dokumentować wszystko to, co uznam za istotne.
  • Lubię pisać dla Was. Kimkolwiek jesteś czytelniczko_ku, wiem, że przez bloga najłatwiej do Ciebie dotrę. Nie musisz mieć nigdzie konta ani korzystać z konkretnego portalu. Nieważne skąd do mnie trafisz. Wiem, że tutaj to, co tworzę, jest najłatwiej dostępne dla wszystkich i lubię tę świadomość. Lubię tu wracać i widzieć, że Omnimalizm żyje własnym życiem, nawet jeśli przez jakiś czas mnie nie było.

Dziękuję!

I tym pozytywnym akcentem zakończę mój wywód. Nieważne czy jesteś tu po raz pierwszy czy zaglądasz do mnie regularnie. Czy zostawiasz komentarze, czy po cichu poczytujesz i nie zostawiasz po sobie śladu. Dziękuję! Mogłabym powiedzieć, że piszę dla siebie, ale publikuję dla Ciebie. Bez Ciebie nie byłoby Omnimalizmu. Do zobaczenia w każdym kolejnym tekście. Mam nadzieję, że za rok znowu będziemy świętować razem.

Podobało się? Podziel się!

3 komentarze do wpisu „2. urodziny bloga, czyli dlaczego jeszcze tego nie rzuciłam”

  1. Bardzo się cieszę, że nie zrezygnowałaś! Doskonale jednak rozumiem to uczucie, bo też już kilkukrotnie zastanawiam się nad sensem przedłużania domeny. Jednak posiadane totalnie własnego miejsca w sieci, które działa tylko na naszych zasadach, daje ogromną wolność.

    Życzę ci wielu kolejnych lat blogowania. Bez wyrzutów sumienia nad regularnością, a za to z dużą radością tworzenia 🙂

    Odpowiedz

Dodaj komentarz